Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. Dowiedz się więcej Rozumiem

Mistrzowie Faulowania - głos Andrzeja Machnika w dyskusji o etyce w himalaizmie.

2021-05-22
Autor: paszcz
Andrzej Machnik

MISTRZOWIE FAULOWANIA


Rozprawiając o upadku moralności i etyki w polskim himalaizmie baczniejszą uwagę należałoby zwrócić na zimową wyprawę na trzeci szczyt świata Kangczendzongę (8598 m) oraz wątpliwy przykład, jaki dali tu młodszym pokoleniom polskich wspinaczy nasi dwaj himalajscy giganci Jerzy Kukuczka i Krzysztof Wielicki.

Wyprawa ta – zorganizowana przez grupkę kolegów, z których większość należała do ówczesnej wspinaczkowej czołówki – miała z założenia być wyprawą koleżeńską, na której każdy z jej uczestników z definicji miałby szansę wejścia na szczyt. Już w fazie organizacji jednak stała się ona przedmiotem ataków. Na początek członkowie jednego z klubów należących do Polskiego Związku Alpinizmu usiłowali podebrać nam cel, a gdy to się nie udało, podpuścili do najazdu na nas Big Lidera polskich wypraw himalajskich Andrzeja Zawadę, wspieranego przez zarząd PZA. Zawada jednak, po rocznej wojnie podjazdowej, jak niepyszny wycofać się musiał z placu boju. W zamian za to jednak pozbawieni zostaliśmy dotacji z tzw. Funduszu Himalajskiego, choć hojnie obdzielono dolarami inne pomniejsze wyjazdy i wyprawy. Nasza wyprawa radzić sobie musiała sama, co oczywiście – szczególnie w ówczesnych warunkach – w znaczący sposób utrudniało całą zabawę. Wkrótce zresztą nasza sprawność organizacyjna przetestowana została przez niezły tor przeszkód, z uchodzącym za bardzo trudne, nawet latem, podejściem do stóp góry na czele. Pierwszą i największą na tej drodze przeszkodą, która z powodzeniem zniszczyć by mogła w przedbiegach większość wypraw, było jednak spóźnienie się statku z wyprawową ciężarówką i około 70% wyposażenia wyprawy o 2 miesiące do portu przeznaczenia. W tej sytuacji można było albo od razu się załamać i odtrąbić koniec wyprawy, albo próbować ją na miejscu jakimś sposobem odtworzyć. Ostatecznie uczyniliśmy to w Kathmandu, za pożyczone od Nepalczyków pieniądze, sprzedając im przysłowiowego „kota w worku” w postaci pływającego po oceanie wyprawowego sprzętu i żywności. W poczynaniach tych solidarnie brali udział wszyscy uczestnicy wyprawy, za wyjątkiem Kukuczki i Wielickiego, którzy zawsze mieli coś lepszego do roboty, np. udział w katowickiej wyprawie na pd. ścianę Lhotse (8511 m). My – dobrzy koledzy – zgodziliśmy się na to na zasadzie, że gdyby któryś z nas miał takie możliwości, to też nie chciałby być w tej materii przez innych ograniczany. Dodatkową dla nich korzyścią była przy tym możliwość uzyskania dodatkowej aklimatyzacji (w ich przypadku do wysokości 8000 m), co od razu dawało im wstępną przewagę nad pozostałymi uczestnikami naszej wyprawy. Wydawałoby się, że takie pójście na rękę pozwalało oczekiwać stosownego rewanżu z ich strony, ale dwaj nasi koledzy najwyraźniej ulepieni byli z nieco innej gliny...

W drodze powrotnej z Lhotse Jurek i Krzysiek minęli się z nami w Kathmandu i po prostu pojechali sobie do domu, pod pretekstem, że już ich tam długo nie było i czekają tam na nich rozwścieczone ich długą nieobecnością żony. Po raz drugi zgodziliśmy się pójść im na rękę, aczkolwiek tym razem już dość niechętnie. Opisy tego, jak się wówczas Kukuczka przez prawie cały miesiąc na łonie rodziny wywczasował (podczas, gdy dobrzy koledzy urabiali się przy wyprawie), znajdziemy w jego książce „Mój pionowy świat”.

Nasze opóźnienie w stosunku do planu okazało się ostatecznie niewielkie i u stóp góry znaleźliśmy się pod koniec pierwszej dekady grudnia. Prowadzona w szybkim tempie akcja w ciągu około dwóch tygodni doprowadziła do zaporęczowania wszystkich trudności oraz założenia trzech (z czterech) obozów (trzeci na wysokości 7200 m; został następnie przesunięty, już z udziałem Kukuczki i Wielickiego, o 200 m wyżej). Ponieważ nasi dwaj wciąż nieobecni czempioni swoim nieustannym miganiem się od roboty nie wzbudzali już w ekipie większej sympatii, dały się w tej fazie akcji słyszeć głosy: „Spróbujmy wejść na tę górę, zanim te dwa … się tutaj pojawią!”.

Okazało się jednak, że „te dwa ...” dysponowały niezwykle dobrym nosem, gdyż pojawiły się prawie dokładnie w tym momencie, kiedy pozostało im już w zasadzie tylko przejechać się po wykonanej przez innych robocie prawie prosto na szczyt. Toteż niemal od razu spróbowali dokonać ataku z rozbiegu. To im co prawda nie wyszło, ale udało im się rozstawić namiot na miejscu przyszłego obozu czwartego na 7800 m, w którym spędzili noc. Towarzyszący im w tym wypadzie Andrzej Czok i Przemysław Piasecki, dysponując nieco gorszą aklimatyzacją, doszli do 7600 m, założyli tam depozyt sprzętowy i na noc cofnęli się do obozu III na 7400 m. Tym sposobem nasi mistrzowie uzyskali jeszcze większą przewagę aklimatyzacji nad całą resztą i – jak pokazało życie – skrzętnie ją wykorzystali.

Do ostatecznego ataku na szczyt wyruszyło ostatecznie aż dziewięciu wspinaczy. Podzieleni byli na dwa zespoły: w pierwszym czwórka Kukuczka, Wielicki, Czok i Piasecki, w drugim piątka: Hajzer, Pankiewicz, Probulski, Skorupski, Wilczyński. Biorąc pod uwagę osiągnięcia i umiejętności uczestników tego szturmu, nie było żadnego powodu, by kogokolwiek z nich specjalnie forować. Aż do obozu trzeciego cały czteroosobowy pierwszy zespół szturmowy posuwał się w tym samym tempie, co świadczy o tym, że do wysokości 7400 wszyscy byli już jednakowo zaaklimatyzowani, różnice jednak pojawiły się wyżej. W czasie wieczornej łączności odbyła się konsultacja Czoka, który kaszlał trochę mocniej niż zwykle, z wyprawowym lekarzem Robertem Janikiem. Nasz doktor, który dostrzegł w tym kaszlu jakieś być może niepokojące objawy, zaproponował Czokowi zejście, lecz ten odmówił twierdząc, że czuje się zupełnie dobrze i nic mu nie jest. Kukuczka jednak z jakiegoś powodu zasugerował partnerom ze swojego zespołu zmianę planu, a mianowicie, żeby następnego dnia do obozu IV poszedł tylko on z Wielickim, Czok z Piaseckim natomiast wyruszył dopiero następnego dnia. Zdaniem Kukuczki w takim układzie druga dwójka nie musiałaby trudzić się wynoszeniem do góry drugiego namiotu oraz śpiworów. To, że tego typu zagranie spowodowałoby zablokowanie drugiego zespołu w niższych obozach na cały dzień, najwyraźniej nic go nie obchodziło. Wskazuje to na to, iż z jakichś względów uznał on, że rozdzielenie się ich zespołu będzie dla niego korzystne. Propozycja ta została jednak przez Czoka i Piaseckiego odrzucona.

Rano wyruszyli więc dalej we czwórkę, jednak w trakcie podejścia zespół uległ rozbiciu. Jak opisuje Piasecki: „ Do obozu dotarli najpierw Jurek z Krzyśkiem. Pół godziny później byłem [tam] i ja i od razu wziąłem się za wykuwanie w lodowym stoku platformy pod nasz niewielki namiot. Kiedy po półtorej godzinie katorżniczej pracy była prawie gotowa, doszedł Andrzej. Był bardzo zmęczony i musiał długo wypoczywać zanim mógł mi trochę pomóc w rozstawianiu namiotu. Andrzej kaszlał już znacznie mocniej. Wreszcie z uczuciem ulgi wcisnęliśmy się do naszego Omnipotenta (…) Po długim odpoczynku, nawodnieniu ciepłą herbatą i zażyciu leków zaleconych wcześniej przez Roberta Andrzej poczuł się na tyle lepiej, że podczas wieczornej łączności z bazą nie myślał jeszcze o odwrocie. Do szczytu zostało nam już tylko 800 m nietrudnego terenu, ale późnym wieczorem pozbyłem się złudzeń słysząc kaszel i krótki oddech partnera. Wiedziałem już, że rano musi schodzić i z pewnością nie sam. To koniec marzeń o zdobyciu Kangchenjungi... Z Kukuczką i Wielickim prawie nie rozmawialiśmy, ale ponieważ ich namiot stał kilka metrów od nas, z pewnością słyszeli nasze rozmowy, coraz gorszy kaszel Andrzeja i musieli sobie zdawać sprawę z tego, że nie jest dobrze. Wieczorem tylko Jurek spytał, jaki mamy plan na jutro. Usłyszał ode mnie, że Andrzej czuje się źle i rano schodzimy. Nad ranem Kukuczka z Wielickim wyruszyli w kierunku szczytu.”

W tym miejscu relacje bohaterów wydarzeń wyraźnie już się różnią. Kukuczka w swoich wspomnieniach usiłuje twierdzić, że przez cały wieczór toczyli dysputy między oboma namiotami, przepełnione troską o stan zdrowia Czoka. Wielicki: „W ostatnim obozie przed szczytem rozłożyliśmy się w dwóch namiotach, w jednym ja z Jurkiem, w drugim Andrzej z Przemkiem. Położyliśmy się w śpiworach i gadaliśmy co dalej. Przemek mówił, że Andrzej źle się czuje. My z Jurkiem czuliśmy się dobrze, powiedzieliśmy, że spróbujemy rano pójść w kierunku szczytu.

Pomijając to, że nasi dwaj czempioni nie pomogli kolegom przy wykuwaniu platformy i rozstawianiu namiotu, powstaje pytanie czy aby faktycznie byli tacy rozmowni, czy też – wręcz przeciwnie – usiłowali na wszelki wypadek o stanie zdrowia Czoka dowiedzieć się... jak najmniej?

Nad ranem Kukuczka z Wielickim wyruszyli w kierunku szczytu, a Czok z Piaseckim o godz. 8 rano rozpoczęli zejście. W jego trakcie Andrzej zaczął słabnąć, a w końcu nie był w stanie w ogóle dalej iść o własnych siłach. Ponieważ nie mieli ze sobą radiotelefonu – zabrał go ze sobą Kukuczka – Piasecki w końcu zostawił Czoka i ruszył dalej w dół po pomoc. Tymczasem wyruszyli w górę koledzy z zespołu drugiego, którzy poprzedniego dnia doszli już do obozu trzeciego i widząc, że coś się dzieje, rozpoczęli akcję ratunkową. Brak możliwości wymiany informacji pomiędzy Czokiem i Piaseckim a nimi spowodował jednak co najmniej kilkugodzinne opóźnienie w podjęciu takich działań.

Tymczasem unoszony w górę przez Kukuczkę radiotelefon okazał się bezużyteczny, gdyż podobno zawieruszył mu się gdzieś akumulator. W związku z tym obaj z Wielickim nie byli w stanie nawiązać z nikim łączności, choć baza wysunięta przez cały dzień była na nasłuchu. Wielicki: „Zdaniem Wojtka Kurtyki w drodze na szczyt Kukuczka wyłączył radiotelefon. W podtekście – żeby nikt nas nie zawrócił, nie kazał ratować umierającego Andrzeja. (…) Rzeczywiście ani Jurek, ani ja nie myśleliśmy, żeby uruchamiać radiotelefon, chcieliśmy zgłosić się ze szczytu, ale na wierzchołku Jurek nie znalazł baterii. Potem okazało się, że jednak miał ją w kieszeni plecaka i znalazł dopiero po powrocie do obozu. Gdyby chciał się z premedytacją nie łączyć, po co w ogóle brałby radiotelefon do ataku szczytowego? Przecież to tylko dodatkowe obciążenie! Ale zabrał go, zataszczył na górę i... się nie połączył, a pewnie miał ochotę poinformować bazę o sukcesie.

Dość słabe tłumaczenie. W swoich dwóch kolejnych książkach Kukuczka stopniowo zmienia wersję wydarzeń: w pierwszej stwierdza, że akumulator gdzieś zaginął mu „w czeluściach plecaka”, w drugiej zamienia „czeluści” na „klapę”. Umieścić jednak akumulator zarówno w jednym jak i drugim miejscu mógłby – i to zimą – tylko kompletny żółtodziób! Po czymś takim Kukuczka i tak nie mógłby już nawiązać żadnej łączności, bo akumulator po prostu kompletnie by na takim zimnie wysiadł! Nawet latem nie nosiło się go inaczej jak tylko w którejś z wewnętrznych kieszeni za pazuchą, żeby się nie rozładował. Wynika z tego, że nasz bohater tak czy inaczej nie miał zbytniej ochoty nawiązywać z łączności z kimkolwiek. Po co więc taszczył radiotelefon na szczyt? A choćby po to, żeby nikt nie mógł mu zarzucić, iż na wszelki wypadek planowo chciał odciąć się od tego, co ewentualnie mogło dziać się poniżej. Niestety, to właśnie „unieszkodliwienie” radiotelefonu przez Kukuczkę opóźniło akcję ratowania Czoka o dobre pół dnia. Co prawda nie jest powiedziane, że jej przyspieszenie pozwoliłoby Andrzeja uratować, ale... Wyrzuty sumienia zapewne się w tym momencie u Kukuczki jednak odezwały, bo niektóre późniejsze jego zachowania były grubo przesadzone, co wyszło już następnego dnia rano. Podczas łączności radiowej z bazą wysuniętą zaczął całkowicie bezsensownie upierać się przy ściąganiu ciała Czoka w dół na lodowiec, co w dość oczywisty sposób było po prostu niewykonalne i czego nigdy w takich przypadkach nawet nie usiłowano robić. Okraszone to było pompatyczną przemową typu „przyjaciel zginął, musimy... itd.”.

Wielkie przejęcie się śmiercią przyjaciela ustąpiło jednak u niego zaraz po zejściu do bazy wysuniętej. W czasie, gdy my – na zmianę – wykuwaliśmy przy pomocy haka i młotka na pobliskim głazie poświęcony Czokowi napis, nasi dwaj dzielni mołojcy wywołali całodniową awanturę o pieniądze, nie oddawszy we wspomniany napis ani jednego stuknięcia, domagając się natomiast natychmiastowego zwrotu tzw. ściep, czyli zrzutek dolarowych, które pobrane zostały od uczestników wyprawy na jej rozruch. Albowiem oni znowuż „musieli” jak najszybciej do domu. Myślę, że głównie po to, by odpowiednio zdyskontować swój sukces, gdyż zaraz po tej wyprawie ogłoszono wszem i wobec ów słynny wyścig Kukuczki z Messnerem o to, kto pierwszy zdobędzie koronę Himalajów. Czyli był to jeden z elementów spektaklu nazwanego przez Wojtka Kurtykę „Igrzyskami śmierci”. Jak jednak widać, były to nie tylko igrzyska śmierci, lecz również i demoralizacji...                     

Piasecki: „Przypominając sobie sytuację po powrocie ze szczytu Wielickiego i Kukuczki do ABC [Bazy Wysuniętej] nadal odczuwam niesmak. Koledzy nie dość, że nie uczestniczyli w najmniejszym stopniu w przygotowaniach do wyprawy, pojawili się w momencie, gdy najtrudniejsze odcinki drogi zostały już ubezpieczone linami poręczowymi, to nawet nie poczuwali się do tego, żeby wziąć choć symboliczny udział w ostatniej fazie wyprawy. Mało tego, nie bacząc na trudną sytuację finansową wyprawy (niespłacone zadłużenie, nieznany koszt karawany powrotnej itp.), nie czekając na końcowe jej rozliczenie w Kathmandu, zażądali natychmiastowego zwrotu swojego wkładu dolarowego. Kiedy spotkali się z odmową ze strony kierownika wspieranego przez pozostałych członków wyprawy, którzy mieli świadomość, że zwrotów wcale może nie być, poczuli się mocno urażeni i pospiesznie opuścili wyprawę. Być może, w pewnym sensie, była to ucieczka przed wyrzutami sumienia. W końcu Andrzej Czok powinien był liczyć w trudnej sytuacji na większe zainteresowanie ze strony swojego wieloletniego partnera – Jerzego Kukuczki. Zacząłem podejrzewać, że Kukuczka traktował swoich partnerów dość instrumentalnie. Moje podejrzenia znalazły potwierdzenie w 1989 roku podczas wyprawy na południową ścianę Lhotse, w której brałem udział. W Delhi czekała na nas kolejna niemiła niespodzianka. W ambasadzie zamiast 500 dolarowego depozytu stanowiącego zabezpieczenie wyprawy na »czarną godzinę« otrzymaliśmy list od naszych kolegów Wielickiego i Kukuczki wraz z dwiema beczkami z prywatnymi zakupami zrobionymi za pieniądze z wyprawowego depozytu. List zawierał prośbę o zabranie beczek do Polski... Zraniona duma Kukuczki jeszcze długo decydowała o jego negatywnych komentarzach dotyczących wyprawy i przede wszystkim jej kierownika Andrzeja Machnika, które prezentował zarówno w mediach jak i na forum Polskiego Związku Alpinizmu.

Do tego należałoby dodać, że owe 500 $ „na czarną godzinę” miało być przeznaczone na wysłanie do kraju (pożyczonej) ciężarówki, w razie, gdyby nie udało nam się wyjść na swoje przy rozliczaniu wyprawy w Kathmandu. Jeśliby samochód ugrzązł w Indiach, byłaby to dla nas czysta katastrofa! Wielicki post factum usiłuje twierdzić, że jakoby nadmiernie nagłośniłem sprawę tych pieniędzy, według niego bowiem najwyraźniej była błahostka. Biorąc jednak pod uwagę możliwe konsekwencje tej „błahostki”, należałoby im po prostu za to nogi z tylnej części ciała powyrywać! Komentarze, które padły wtedy z ust reszty członków wyprawy, nie nadają się do powtórzenia...

Wywołana przez naszych „przyjaciół” awantura posłużyła ponadto Wielickiemu do oznajmienia nam co następuje: „Co za komunistyczna wyprawa, wszystkim w dupę po równo! Człowiek zrobił wynik, a tu tak go traktują! Ja też będę taki nieodpowiedzialny, jak wrócę do kraju, będę wygadywał, co mi ślina na język przyniesie!” I słowa, niestety, dotrzymał, a raczej dotrzymali go obaj z Kukuczką. Zaraz bowiem po ich powrocie, a na długo przed powrotem całej reszty wyprawy, w śląskiej „Trybunie Robotniczej” zaczęła ukazywać się – za ich sprawą – opowieść w odcinkach, z której wynikało ni mniej, ni więcej tylko to, że obaj udali się pod Kangczendzongę na wycieczkę, zastali tam jakąś miotającą się bezradnie wyprawę i wybawili ją z opresji wchodząc na szczyt. Oczywisty z tego wniosek był taki, że jedynymi autorami sukcesu byli oni, reszta zaś nie miała prawie żadnego znaczenia. Niewątpliwie takie postawienie sprawy walnie ułatwiło im gładkie wykoszenie konkurencji w postaci kolegów, którzy wejście zimą na Kangczendzongę w ogóle im umożliwili!

Gdy powróciwszy do Polski zapoznałem się z całą tą narracją, pomknąłem do dziennikarza, który to wszystko wypisywał, z interwencją. W jej wyniku dopisany został jeszcze jeden odcinek, w którym gwoli sprostowania zamieszczone były dwa zdania, a mianowicie, że obaj nasi mistrzowie od początku byli członkami wyprawy (a nie „gośćmi” na niej – jak to później usiłowali przedstawiać), ale pożytku organizacyjnego z nich nie było oraz, że to, iż tylko oni weszli na szczyt, spowodowane było głównie śmiercią Andrzeja Czoka. Odwet za to moje niestosowne wystąpienie przyszedł szybko: w swojej (i niejakiego T. Malanowskiego) książce pt. „Na szczytach świata” Kukuczka w relacji z naszej wyprawy wszystko tendencyjnie poprzekręcał, ze mnie zaś – jako jej kierownika – zrobił kompletnego idiotę, nieledwie nie wiedzącego na jakim świecie żyje. Wyszedł z tego istny stek monumentalnych wręcz bredni, w których jedno zdanie zaprzecza drugiemu, lecz założenie, że publiczność słuchać będzie tylko jego, jako wystawionego na pomniki przyszłego narodowego bohatera, okazało się absolutnie trafne. Nie ma to jak wykreować adwersarza na kompletnego głupka, z którym nie ma o czym rozmawiać, plus dodatkowo zatkać mu pysk! Efektem tego sposobu gry są m.in. ukazujące się na temat tej wyprawy kolejne, coraz bardziej bzdurne i kłamliwe komentarze, do wyprodukowania których użyto „dobrze poinformowanych” dziennikarzy z poczytnych gazet. Równolegle w naszych mediach górskich i alpinistycznych pojawiło się coś w rodzaju nieoficjalnej cenzury, która pilnuje żeby na postacie naszych bohaterów przypadkiem nie padł najmniejszy nawet cień.

Nie trzeba być filozofem, aby móc z tego wszystkiego wyciągnąć odpowiednie wnioski. Najbardziej zaskakującym z nich może być jednak ten, że delikwenci tym sposobem sami strzelili sobie gola. Albowiem, moim zdaniem, Kukuczka właśnie dlatego przegrał swój wyścig z Messnerem. A to dlatego, że ostatnie swoje wyprawy organizować musiał sobie sam, jako że inni – widząc co się dzieje – stracili ochotę na to, by dalej podgrywać mu piłkę. Na finiszu więc, zamiast nabrać rozpędu, stracił go. Z kolei Wielicki wraz z Hajzerem, który załapał się na tę wyprawę prawie za friko już w Kathmandu, dzięki opisanemu wyżej faulowaniu w monopolistyczny niemal sposób dorwali się wkrótce do polskiego himalajskiego koryta, dzięki czemu uzyskali niebywałą wręcz okazję do tego, żeby m.in w ramach wymyślonego przez nich programu Polskiego Himalaizmu Zimowego... wszystko spieprzyć. Ostatecznie zaowocowało to tym, że K2 zimą okazał się, wbrew głoszonemu hasłu, nie dla Polaków. Nie od rzeczy będzie też wspomnieć o tym, że nie byle jakie osiągnięcia naszej wyprawy zostały przez nich niemal zupełnie zaorane. O wyprawie tej wszak (ale dopiero w zeszłym roku) Krystyna Palmowska, w swojej książce pt. „Zaklętym w górski kamień”, napisała: „Wyprawa, która dokonała niemożliwego: oto w ciągu miesiąca pokonana została zimą trzecia góra świata – szczyt należący do piątki tzw. wysokich ośmiotysięczników, zaledwie o 25 metrów niższy od słynnego K2. Wejścia dokonano w pełni kalendarzowej zimy, a więc nikt nie może go zakwestionować. Na dodatek było to pierwsze wejście na wysoki ośmiotysięcznik zrealizowane bez wspomagania tlenowego i bez pomocy Szerpów. Jednak wspaniałe osiągnięcie zepchnięte zostało w cień przez tragedię, śmierć Andrzeja Czoka – alpinisty należącego do himalajskiej elity wspinaczkowej”. Dodajmy, że nie tylko przez śmierć Czoka... W rezultacie nikt nie był w stanie ze zdobytych wówczas doświadczeń skorzystać, a te przy zdobywaniu zimą K2 niewątpliwie by się przydały.

W tym miejscu należałoby zadać pytanie: czy można było to wszystko rozegrać inaczej? Oczywiście, że było można. Wystarczyłoby, żeby nasi dwaj czempioni, miast wozić się na robocie kolegów, przystąpili do zgodnej z nimi współpracy. Wtedy może nie umarłby Czok, na szczycie Kangczendzongi stanęłoby poza nimi jeszcze kilku wspinaczy, a oni sami nie musieliby post factum głowić się nad fałszowaniem rzeczywistego przebiegu wypadków. Wszyscy żylibyśmy długo i szczęśliwie – i może nawet K2 zimą byłby nasz...
  
* Autor artykułu zimą 1985/86 kierował wyprawą, która dokonała pierwszego zimowego wejścia na trzeci szczyt świata Kangczendzongę (8598 m). Poza tym wraz z Andrzejem Czokiem i Januszem Skorkiem dokonał pierwszego przejścia słynnej zachodniej ściany Makalu (8470 m) - nie wchodząc jednak na sam szczyt, zimą 1983/84 brał udział wyprawie, która dokonała pierwszego zimowego wejścia na Manaslu (8163 m), zimą 1984/85 w wyprawie, która dokonała pierwszego zimowego wejścia na Dhaulagiri (8167 m), zaś zimą 1987/88 kierował małą wyprawą na niezdobyty jeszcze wtedy o tej porze roku Makalu (8470 m), która dotarła do wysokości 7500 m.