Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. Dowiedz się więcej Rozumiem

Trzepotanie w sieci - opowiadanie

2016-11-16
Autor: siekiera
„TRZEPOTANIE W SIECI...”
(dedykuję mojej córce Joannie)

Zbyszek:
W menażce wesoło bulgocze grzybowa. Tamte zupy z papierka miały niepowtarzalny wdzięk i smak. Szczególnie,  gdy  już udało  się rozpalić „juwla” i nie wylecieć  z nim razem  w powietrze. Szkoda, że wrzuciliśmy tylko jedną. Będę głodny. Nic dziwnego . Cały dzień szarpaniny nadwątlił mój organizm.
Zresztą nie tylko to. Miesiąc wczesnej urodziła się Joanka. W ciasnym mieszkaniu teściów wielka ilość cioć, babć i różnych koleżanek gulgotała nieustannie nad maleństwem. Trzeba było dać dziecku trochę spokoju no i przestrzeni odwiedzającym. Wyjechałem więc  w góry czym prędzej...
Na razie jednak grzybowa przed nami, a nad nami rozgwieżdżone niebo. Wciąż lubię to poczucie zagubienia w otchłani kosmosu, choć teraz w dobie wspinania light and fast kto ma czas patrzeć w niebo? Ale wtedy - to było co innego...
Warunki w ścianie okazały się gorsze niż myśleliśmy. Sporo luźnego, nawianego śniegu.
Ciągle coś się sypało, przemieszczało, chrobotało. Powoli zdobywaliśmy wysokość ciągnąc za sobą potwora – wór z całym majdanem biwakowym. Ze schroniska w Moku wyszliśmy w środku nocy. Podejście, jak zwykle w takich okolicznościach. W grobowej ciszy. To akurat niewiele się zmieniło. Dla Tomka  to pierwsza droga na Kazalnicy. Patrzę na niego ukradkiem, ale nie pęka. Napiera z powagą, choć wór przygniata go podobnie jak mnie a może jeszcze bardziej. Młody, dobrze zbudowany i jeszcze lepiej umięśniony nadawał się do ciągnięcia worów jak znalazł. No i Mamusi obiecaliśmy, że się zaopiekujemy...
Zmrożony śnieg chrzęści miarowo w rytm stawianych kroków. Dyszę ciężko wydostając się z progu nad Czarny Staw .
Niemal cały dzień schodzi nam na dotarciu do Bazy i ciągnięciu wora. Do zmroku pozostało tylko półtorej godziny, ale Nanowiec postanawia ruszyć w urwisko do góry. Dygoczemy na stanowisku, bo temperatura raczej nie rozpieszcza. Michał mozolnie zdobywa metr za metrem. Ale na pewno  nie marznie. Te hakowe manewry  mogą człowieka spocić nawet przy minus dwudziestu. Gdy dociera  pod okapy, zapadają  ciemności. Zjeżdża na biwak, który  szykujemy w międzyczasie.
 - No i po grzybowej – patrzę ze smutkiem w pustą menażkę. Mozolnie pakujemy się do rozpiętych  hamaków. W trakcie tej walki Luśnia gubi karimatę, która powoli spływa w czarną otchłań. Cholera, a mieliśmy na niego uważać...Cóż, mogło być gorzej. Ja z kolei, gdy już osiągnąłem upragnioną pozycję horyzontalną, konstatuję, że nie dopełniłem podstawowych czynności fizjologicznych. Kolejne pół godziny walki z materią i pionem. 
Rankiem wydostajemy się z hamaków lekko sztywni. Dochodzę do siebie przy herbatce i  ruszam do boju. Małpując szybko osiągam miejsce, do którego wczoraj doszedł Michał i kontynuuję przebijanie się przez przewieszkę z odchyleniem w lewo. Wychodzę na „półkę z simondami” i podążam do góry. Jednak nadzwyczaj  szybko na nią wracam . Razem  ze słabo osadzonym „tricamem”. Naprawiam błąd i kilkanaście metrów wyżej zakładam stanowisko. Ściągam „Luśnię”. Zostawiamy poręcz, łączącą nas z Michałem i ruszam dalej. Niestety, jak to zwykle bywa, opis przestaje mi się zgadzać. Z terenem oczywiście. Wywala mnie w prawo. Nie bardzo mam jak wrócić, drę więc dalej w nieznane. Po kolejnych dwóch wyciągach ściągam na wiszące stanowisko Tomka. Zapada zmrok. Miejsce, w którym jesteśmy nie rokuje wygodnego noclegu. Po krótkiej naradzie postanawiam zjechać na biwak do Michała. Tomek z niewiadomych przyczyn zdecydowanie odmawia wykonania takiej operacji.
- Powiszę tu sobie - mówi słabym, acz zdecydowanym głosem. Ma co prawda ze sobą kurtkę puchową, ale w tej temperaturze… Nie daje się w ogóle przekonać. Jednak ja nie zamierzam tu ”powisieć” mu dla towarzystwa .Według mnie to pachnie trupem a gdzieś tam daleko - maleńkie dziecko... Zaczynam zjeżdżać  w zapadające ciemności. Niestety poręcz przytwierdzona jest daaleko w lewo… no i w dół . Po trzydziestu metrach wpadam pod wielki okap na Momatiuku . Kicha. Dalej nie zjadę. Lekka panika. I co? Tam nie chciałem wisieć w towarzystwie, a powiszę sobie tu sam?  Jak palec? Z widmem czeluści pod nogami? W dodatku nawet bez kurtki? Otchłań kosmosu jakoś  tym razem  mnie nie kręci. Osiągnąłem najniższe miejsce litery „U” jakie utworzyła nasza poręcz i teraz do stanowiska muszę pójść ostro w górę i w lewo. Dłuższy czas motam „prusiki”, kombinuję jak koń pod górę . Udało się! Wygramoliłem się spod tego okapu. Ale z ulgą oddycham dopiero, gdy nogi złapały  kontakt ze skałą. Kolejna przesiadka na „półce z simondami” a dalej, już łatwe, czterdzieści metrów na biwak do Michała. Do bulgoczącej w menażce grochowej na wędzonce. Zapach jest znakomity . Radość mąci jednak  zmartwienie  o Tomka. Widzimy gdzieś wysoko nikłe światełko jego czołówki. Temperatura spadła do kilkunastu stopni poniżej zera. Na pół-wiszącym stanowisku, bez śpiwora i bez jedzenia może nie przetrwać nocy. Dobrze, że Mamuśka tego nie widzi. W pewnym momencie dobiega nas z góry ryk –„ jaaadę, czekajcie z żarciem.” Powiało grozą. Wiedziałem co go czeka  pod okapem. Drąc się w niebogłosy udzielam mu kilku bezcennych porad. Nie wiem czy zrozumiał. Ale co mogę więcej zrobić. Po chwili widzimy powoli spływające z góry światełko. Zatrzymuje się na jakiś  czas pod okapem, ale nadspodziewanie sprawnie spływa  dalej  „Noo..., nasza szkoła...” – stukamy się z Michałem.

Tomek:
Lutowy dzień chyli się ku zachodowi, jestem w diametralnie nowej dla mnie, alpinistycznej sytuacji. To nie filar Kopy Spadowej ani też Wachowicz w kwietniu. Wiszę w ponurym urwisku legendarnej Kazalnicy odziany w groteskowo przydużą „kurtkę taternika” (puchówkę), która otrzymałem w darze od mojej zapobiegliwej matki. Krawiec, który ja szył, miał jedno zadanie - żeby była ciepła. Jedynie dostępne, siermiężne  materiały jak i brak doświadczenia boguduchawinnego rzemieślnika z warszawskiego, pogomułkowskiego osiedla, dało w efekcie jakieś monstrum, które normalny, redukujący wagę niesionego sprzętu alpinista rzuciłby w kąt schroniska zadawalając sie płachtą NRC. W tamtych latach, nie było w naszym zasięgu  super lekkich North Fejsow czy innych Marmotow, brało się to co naszym zdaniem było najlepsze. Kurtka teternika jak i jedwabne , milicyjne pięciopalcówki miały być moją odpowiedzią na kikunastostopniowy mróz....Super... Mija kolejny dzień poręczowania zerwy...Zbychu w trudach z klinujacym sie przyrządem do zjazdu wycofuje się na półki biwakowe, gdzie Nanowiec już przygotował kolację. Przyczepiony do stanowiskowych haków  tracę ochotę na wszelkie gwałtowne ruchy i postanawiam zahibernować się w 12 godzinnym oczekiwaniu na poranek następnego dnia.
 Przeraża mnie zjazd w ciemną czeluść i walka z ósemką na napinającej się linie. A nóż w nerwach nie wepnę-przepnę się dokładnie i poszybuję w otchłań śpiących gór. Michał krzyczy coś z dołu o parującej zupie ” Luśnia, czekamy. Zupka gotowa...” czy coś podobnego. Słowa te apelują skutecznie do moich atawizmów. Powoli przełamuję  neurozy, montuję ósemkę jeszcze raz i siłowo zaczynam ją przepychać od haka do haka. Lina jest niemiłosiernie napięta i przy każdym haku muszę ja przepinać na następny wolny odcinek. Najgorzej jest pod okapem. Szarpię się jak jakieś zaszczute zwierzę , adrenalina wzbudza nadludzkie siły i zaczynam osiągnać progres. Zapach zupki uderza po nozdrzach i powoduje zdwojenie wysiłków. Jest coś w zaklętym krążku jasnej czołówki -  nie widzę czeluści w związku z tym koncentruję się na tym co mam przed nosem a nie na grozie gór; odpuszcza paraliżująca wyobraźnia, w końcu nic się nie dzieje..., jadę...i dojeżdżam, jestem poniżej biwaku, wiszę w wolnej przestrzeni, chłopaki rzucają koniec dodatkowej liny i przyciągają mnie do stanowiska, mam ochotę tańczyć kankana, ale przestrzeń za mała i szkoda by było stracić cenną zupkę...
 
Zbyszek:
Znów jesteśmy we trójkę. Rozważamy sytuację. Wygląda na to, że wpakowałem się w prostowanie „Momatiuka”i trzeba będzie dalej to kontynuować. Po kolacji, powaleni zmęczeniem, zasypiamy.
Rano nie lada emocje. Małpowanie do „półki z simondami” na pojedynczym, polskim podciągu. Odpływam ze stanowiska w wolną przestrzeń. Lina wydłuża się i napina do granic możliwości. Bacznie obserwuję czy przypadkiem nie ma jakiegoś na niej nacięcia. Ale jeśli nawet, to nie jestem w stanie nic zrobić. Zawierzam jej swoje życie i tak niech zostanie. W wolnym zwisie, dyndając wiele metrów od ściany, powoli opanowuję emocje. Zaczynam się nawet rozglądać. Widok jest niepowtarzalny. Wschodzące słońce, czyste, roziskrzone niebo, w dole zamarznięty staw. Sprawnie funkcjonujący organizm, rytmiczne ruchy, pełny oddech, zaczynają napawać optymizmem. Dochodzę do stanowiska. Lina wolna. Idę dalej po poręczówkach powtarzając w odwrotną stronę wczorajsze zjazdy. Gdy w końcu osiągam najwyższy punkt, konstatuję, że Luśnia wbił na stanowisku chyba wszystko co posiadał, szykując się do niedoszłego biwaku. To dobrze. Teraz ruszam dalej ze świadomością dobrej asekuracji. Niestety pogoda się psuje. Nadciągają chmury i zaczyna lekko prószyć. Nic nie jest jednak w stanie nas powstrzymać. W zasadzie odwrót i tak mamy odcięty. Pomimo pyłówek idę do przodu, przeczuwając niedaleki koniec trudności. Popadam w euforyczny trans. Głowa nie emituje żadnej myśli.  Przemieszczam się płynnie do góry nie wykonując żadnego zbędnego ruchu. Osobowość znika. Ego cofa się do tyłu, przyjmując rolę obojętnego obserwatora. Doznaję niewysłowionej swobody i radości płynącej z głębokich pokładów czystego istnienia. Całe sekwencje doskonałych ruchów. Ciało bezbłędnie pokonuje trudne pasaże wynajdując odpowiednie chwyty i stopnie.  Podskórny nurt spokoju, pozwala błogo balansować na krawędzi fizycznej zagłady. Z tego wszystkiego bezwiednie odrzucam za siebie czekan, który, nie przywiązany, spokojnie ląduje pod „ciemnym żeberkiem”. Dzisiaj, w dobie „drytoolu” byłaby to katastrofa. Wówczas jednak nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia i spokojnie podążałem dalej. Jeszcze dwa wyciągi i zakładam stanowisko na rampie wyprowadzającej pod płytowy próg. Ściągam partnerów. Dopada nas kolejna noc.

Tomek:
Wieczór 3-go dnia, wychodzimy z trudności, Siekiera jak w transie na prowadzeniu, ja małpuję po zużytym „mamucie” do stanowiska pod ścianką/progiem wyjściowym. Lina idzie diagonalnie po krawędzi małego okapiku. Niestety kol. lider zapomniał wbić haka w okolicach krawędzi okapu, przez co ostatnie moje wypięcie się z poniższego przelotu powoduje dziesięciometrowe wahadło z przesunięciem się żyły po krawędzi przewieszki. Z przerażeniem widzę jak idą iskry, mamut tu i ówdzie przeciera się do bielizny. Jak oszalały, łojony batem rumak, drę w desperacji do miejsca poza krawędź. „Kurwa, myślę se , twarda szkoła jak na pierwszy raz.”
Cechą życia za komuny była ślepa wiara, że co z zachodu to, nawet uszkodzone, lepsze od nowego z demoludów, w związku z tym przeróżne „mamuty”, „salewy”, „interalpy” używało się do ewidentnego rozpadu materii na czynniki pierwsze. Tak właśnie było z liną, po której małpowałem. Przesuwało się przed wspinaniem palce po uszkodzonej koszulce , wymieniało porozumiewawcze spojrzenie z partnerem – „nie...to nie puści, przecież każde włókno to z 300 kilo....” Lata później w nasłonecznionych Yosemitach nie do pomyślenia byłoby użyć  4 letnią, odbarwioną lekko ultrafioletem linę, po 3 lotach. Tacy byliśmy twardziele.....w kurtkach taternika zresztą, jakby kto pytał....

Zbyszek:
Nie bardzo mamy ochotę na kończenie drogi przy czołówkach. Postanawiamy przespać się w tym miejscu w całkiem komfortowych warunkach. Niestety zapasy żywności skończyły się już wczoraj i wygrzebujemy z kieszeni jakieś kompletne resztki. Znajduję nawet centymetrowy kawałek kiełbasy zmieszany ze śniegiem. Twardy jak kamień. Takiej uczty dawno nie było...
Rano rzucamy wory ze zbędnym sprzętem na dół i tak odciążeni pokonujemy płytowy próg. Po pewnym czasie stajemy na wierzchołku Kazalnicy. Ściskamy ręce. Znowu się udało.

Tomek:
Tym razem suniemy tzw. dupozjazdami z Bandziocha w dół do Czarnego Stawu. Michał pierwszy, ja drugi, trzeci Zbyszek. Zmęczenie daje znać o sobie, mknę w dół w jakimś przedziwnym euforycznym stanie, czuję się jakbym jechał w kolorowym autobusie na haju, przez niebezpieczną okolicę przy czym jakby oddzielony potężną szybą od wszelkiego zła.
Skończyło się na całkowitej utracie kontroli nad dupozjazdem i mknąłem z zawrotna prędkością w dół podbijany wesoło przez przeróżne twardsze-miększe grduły w jakimś absolutnym delirium nieskończonego szczęścia. Nagle posmutniałem, zdziwiony zacząłem wytracać prędkość - nie na długo..., solidne uderzenie od tylu..., jak kulą bilardową miotnęło mnie w inny wymiar czasoprzestrzeni. „Kurwa lawina” - przemknęło mi prze pałkę;  najeżona wesoło rakami noga partnera postanowiła przedłużyć moje szczęście.
Jesteśmy bezpieczni na stawie. Kontynuujemy znaną ścieżką do Moka. Nagle widzę Skierskiego idącego w odwrotnym kierunku. Facet, drze jak jakiś buldożer pod gorę przez tzw.”betony po jaja” w jakimś sobie tylko znanym celu a może i obłędzie....? „Coś mu sie popierd...” – pomyślałem, skupiając się z powrotem na swojej biedzie...Później przyznał się, że mu zaszumiał gdzieś w oddali potok, chciał się napić, nie dotarł do zbawczej wody, ugrzązł wyczerpany w kosówkach. Świadkowie naszego wejścia do rozgrzanego skacowanymi oddechami  schroniska, opisywali nagłe pojawienie się trzech zjaw.
Pamiętam jeszcze, że odebrałem z dozą dumy cenne gratulacje od Jano Kurczaba, równocześnie osuwając się półświadomie, w ciągle wiszącym poniżej kolan dupowsporku, na pryczę dobrej koleżanki w ponad dwudziestogodzinny sen.

Autorzy: Tomek Bender i Zbyszek Skierski

P.S. Powyżej zostało opisane trzecie przejście zimowe drogi „Pająków” na Kazalnicy (w górze prostowaniem „Momatiuka”):  16 – 19 lutego 1980 roku.