
Z przykrością informujemy, że wczoraj rano z powodu ciężkiej choroby zmarł
Krzysztof Tereszczuk, wieloletni członek naszego Klubu.
Rodzinie oraz bliskim składamy najgłębsze wyrazy współczucia.
Msza Święta Żałobna odbędzie się w piątek 12 czerwca, o godz. 14:00 w Kościele św. Wawrzyńca, Wolska 140 A, 01-258 Warszawa.
Uroczyste odprowadzenie na miejsce wiecznego spoczynku (grób w kwaterze 90-17-14) po mszy na pobliski Cmentarz Prawosławny (część katolicka).
Krzyś był wspinaczem lat 70. i 80. Nie robił tego dla sławy, raczej to był sposób życia, odrobina wolności w czasach kiedy było bardzo mało perspektyw. Bardzo dbał o bezpieczeństwo — do tego stopnia, że przyjaciele z niego się śmiali, gdy wracał ze wspinania na śniadanie bądź w południe w zależności od długości drogi, ponieważ zmuszał swoich partnerów, do wychodzenia zimą bądź w Alpach o 1 lub 2 w nocy bez względu na trudność drogi.
Jak wielu warszawskich wspinaczy trenował na bunkrach w Janówku, w skałkach w Podlesicach, Rzędkowicach i w Sokolikach. W polskich i słowackich Tatrach wspinał się latem i zimą. W lecie jeździł na obozy PZA we francuskich Alpach i Dolomitach. W Tatrach zrobił m.in. Kant Filara Kazalnicy, Warianty Małolata na Kazalnicy, Łapińskiego-Paszuchę (z lotną), drogi na Szpiglasowym i Kopie Spadowej.
Był bardzo solidnym partnerem, na którym można było polegać. Przede wszystkim zarażał wszystkich swoją pogodą ducha i optymizmem.
Krzyś
Wspólnie z Krzysiem Tereszczukiem zaczynaliśmy przygodę wspinaczkową, jako świeżo upieczeni studenci PW, to był chyba 1976 r. szkolenie skałkowe w ramach UKA, potem kursy tatrzańskie w „Betlejemce” — lato i zima. U „Szlachetnego” oblaliśmy test skakania na drzwiach i wylecieliśmy z kursu. Przygarnął nas „Bobas” Słama i przeszkolił prywatnie, konkludując na koniec, że tak od razu się nie zabijemy i możemy działać.
Działaliśmy więc głównie w tym zespole dwójkowym kilka lat, najpierw w Tatrach na typowych drogach. W 1979 r. zdarzyła się okazja wyjazdu do Chamonix, wyjazd klubowy pod wodzą ś.p. Ryśka Kołakowskiego. Na pierwszy ogień poszła ostroga Brenvy na wschodniej ścianie Mont Blanc, w zespole 5-osobowym. Nie stać nas było na kolejkę, z Chamonix przez całe Mer de Glace do bivacco startowego przedreptaliśmy pieszo, durni nowicjusze. Potem droga to już był pikuś, niemniej czas przewodnikowy prawie zdublowaliśmy, tak nas podejście wykończyło. Dwa następne sezony to Dolomity, konkretnie okolice Torre Venezia, bieda nie pozwoliła na inne eksploracje. Niemniej, powietrzne balety na Torre Venezia i Torre Trieste mocno zapadły w pamięć tak jak nieplanowany, na w pół-wiszący biwak w burzy śnieżnej na zjazdach z Torre Trieste.
Krzyś kilka razy ratował mi życie, sprawnie hamując lot. Ja nie musiałem, bo Krzyś — opoka spokoju i rozwagi — nie latał. Przeciągnął mnie przez niejedną drogę, był niezawodnym, bezkonfliktowym partnerem.
Michał Dadlez