Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. Dowiedz się więcej Rozumiem

Memoriał Strzeleckiego oczami debiutantki….czyli na turach jeździć każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej... ;)

2017-03-14
Autor: Ajna
Zacznę może od początku… Jest luty 2015 roku, zjeżdżam z Przełęczy Kondrackiej ( w zasadzie trudno nazwać to zjazdem ) i krzyczę w wniebogłosy do Marcela że go zabiję, że mnie tak urządził. Na szczęście kumpel jest wyrozumiały i cierpliwie to znosi…. Jakże bolesnym okazał się fakt, że umiejętność jazdy na nartach zjazdowych niekoniecznie idzie w parze z umiejętnościami turowymi i to dodatkowo w świeżutkim puchu, w którym to lądowałam raz po raz…
Jako, że w moim życiu zajmuje się wszystkim tym, co na początku mi nie wychodzi 11 marca 2017 roku wystartowałam w moich pierwszych zawodach w życiu… .i to właśnie skiturowych. Muszę przyznać, że przez te trzy sezony wiele się zmieniło i nie wyobrażam już sobie zimy bez turów….
Tak więc jestem w hotelu na Kalatówkach ( gdzie znajduje się tymczasowe biuro zawodów). Towarzyszą mi: moja partnerka Dorota Piasecka (wielkie podziękowania Dorotko za zaproszenie mnie do teamu), Tomasz Piasecki, Paweł Lewandowski i Mikołaj Hotówko.
Wzrok chcąc nie chcąc przykuwają panowie w legginsach i co ciekawe w cieniutkich uprzężach ze smyczką… Moja niezastąpiona partnerka uświadamia mnie, że to wyższy level …;) i że właśnie oni zostawią nas daleko w tyle już na samym starcie… Staram się nie myśleć o wyniku, chłonę atmosferę, chcę traktować zawody, jako niezwykle ciekawe, nowe doświadczenie. Jednak i mnie w pewnym momencie dopada lekki stresik, wszyscy wokół wydają się być „wymiataczami” i zastanawiam się, co ja tu robię? Natychmiast staram się powrócić na właściwy tor myślenia i tłumaczę sobie, że to tylko zabawa, a walczyć będę sama ze sobą.
Z pewnością pomaga mi w tym serdeczna, luźna atmosfera panująca pomiędzy uczestnikami. Może brzmi to nieco infantylnie, ale od pierwszych chwil czuć, że są to przede wszystkim zawody towarzyskie. Zwłaszcza organizatorzy nie tracą poczucia humoru. Podczas opisu trasy oraz regulaminu śmiechu jest, co nie miara. Bardzo podoba mi się idea zawodów, jako że startuje się w parach najważniejsza jest praca zespołowa. Zawodnicy muszą razem przekroczyć linię mety. Jeśli tak się nie stanie zespołowi naliczane są punkty karne. Chwilę później następuje tzw odprawa na tarasie hotelu i wspólne grupowe zdjęcie. Właściwy start zaczynamy koło 9.45.
Wyjadacze szybko znikają nam z oczu, towarzystwo „rozlewa się”.
Niebawem tracę rachubę, gdzie jestem w stosunku do reszty uczestników, co jakiś czas nachodzą mnie myśli, czy już wszyscy nas  prześcignęli ?;)
W trakcie podbiegu, niezwykle budujące są spotkania po drodze uśmiechniętych sędziów, dbających o to byśmy się przypadkiem nie zagubili ;)
Na Przełęczy Kondrackiej nie jest źle, ale widoczność powiedzmy szczerze „nie powala”, chorągiewki wyznaczające trasę przydają się ;).
Po dwóch godzinach docieramy na szczyt Kopy, gdzie pomimo mało plażowej pogody patrzy na nas radosna twarz sędziego. Zdejmujemy foki i przemieszamy się w stronę zjazdu, czyli Przełęczy pod Kopą Kondracką. W napięciu czekam, aż sędzia skończy odliczać i pędzimy w dół.
W pewnym momencie czuję, jak zaczyna „odcinać” mi nogi. Marzę, aby móc choć na chwilę zatrzymać się. Dorota wspiera mnie pokrzykując, że też ją boli ale, że już jest blisko i musimy gnać. W głowie kołacze jedna myśl, żeby tylko nie dać du…..
Zdaję sprawę, że styl mojej jazdy pozostawia wiele do życzenia, ale już nie potrafię dbać o grację…(mam nadzieję, że kamera tego nie uwieczniła) W końcu upragniona meta, ktoś próbuje zrobić nam zdjęcie ale wcale nie chce mi się śmiać….
Czas mamy niezły, więc oczywiście decyzja jest prosta: przed nami fakultatywa, czyli podbieg na Kasprowy. Wciągamy jakiegoś energetyka, trochę pijemy, ale oszczędnie, bo mamy tylko jednego camelbaka ( mój tego dnia postanowił odmówić współpracy). Już nie musimy się spieszyć, fakultatywa nie jest na czas, teraz jedynie trzeba do 15:30 wrócić na Kalatówki. Po drodze mijamy naszych chłopaków, którzy cieszą się że walczymy dalej i pokrzykują do nas radośnie…
Marzymy, aby być już tam gdzie oni… Przed nami jednak jeszcze godzinka podejścia. Ci co skiturują doskonale wiedzą, jak dłuży się droga na Kasprowy. Na mecie sędziowie czekają na nas z czekoladą, najpyszniejszą chyba jaką jadłam! ;)Wypijamy, to co nam zostało. Zjeżdżam, marząc o zimnym piwie.
Docieramy na Kalatówki o 15.15. Jesteśmy szczęśliwe, że udało się „zmieścić” fakultatywę.
Gdy wieczorem w Yurta Barze ogłaszają wyniki i widzę drugie miejsce naprawdę nie mogę w to uwierzyć, ale wiem też jak bardzo walczyłyśmy.
Podsumowując: rzeczywiście na podbiegu nie byłyśmy torpedami, ale udało się nam „spiąć” na zjeździe. Wzięłyśmy sobie również do serca, to że musimy zmieścić w czasie trasę fakultatywną, no i pamiętałyśmy, że jesteśmy teamem… Zawsze wspólnie przekraczając metę. Tu wielkie podziękowania należą się Dorocie, która pilnowała wszystkich zasad regulaminu.
Co działo się potem, niech zostanie „za kulisami”, zdradzę jedynie, że ekipa KW Warszawa wykazała niezwykle zdolności barmańsko DJ’skie…
 
Dyskusja o tym artykule liczy 2 posty. Zobacz ją na forum.