Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. Dowiedz się więcej Rozumiem

Alpy zimą - próba - Grindelwald, Chamonix

2014-05-08
Autor: lukalew

30.01 - 07.02.2014r.

W górach wspinam się stosunkowo od niedawna. Niespełna trzy lata temu na kursie taternickim po raz pierwszy dotknąłem tatrzańskiego granitu. Było fajnie i zupełnie inaczej niż w skałach: przestrzenie, wysokość, deszcz i śnieg (pomimo końcówki czerwca!). Idąc za ciosem w następnym roku zrobiłem kurs zimowy i powiedzmy, że stałem się taternikiem pełną gębą :) Obecnie mam na koncie kilka tatrzańskich dróg letnich i tyleż samo zimowych. Moje doświadczenie górskie nie jest duże jeżeli chodzi o ilość zrobionych dróg jednak chyba w miarę dobrze sobie radzę (czytaj: jeszcze żyję :) ). 

W grudniu 2013r. zrobiliśmy z kolegą dwie drogi w rejonie Kazalnicy Mięguszowieckiej. Dobrze nam się razem wspinało. Po Nowym Roku na wspólnym spotkaniu przy piwku wymyśliliśmy, że chcemy zobaczyć coś nowego (no, nowego dla niego!). I tak powstał (trochę?!) szalony pomysł na zimowy wyjazd wspinaczkowy w Alpy. W Alpy? To może od razu z grubej rury? Eiger. Jego północna ściana od momentu przeczytania przeze mnie Białego Pająka - książki o historii zdobywania tego niezwykle niebezpiecznego urwiska, autorstwa austriackiego alpinisty Heinricha Harrera od dawna rozpalała moją wyobraźnię. Oczywiście nigdy nie myślałem nawet, żeby się z nią mierzyć. Nie mniej jednak w okolicy są też inne cele, nie mniej honorne, a dla nas dodatkowo na pewno bardzo, bardzo trudne. Ostatecznie z pewną dozą sceptycyzmu zdecydowaliśmy, że jedziemy do Szwajcarii, do Grindelwaldu, pod północną ścianę Eigeru.
Trzeba było zasięgnąć tzw. języka. Nastąpiły zapytania do znajomych i przeszukiwanie Internetu. Zapytanie padło również na forum KWW, bo jakże by inaczej :) . Odpowiedzi przychodziły szybko. Generalnie większość opinii była taka, że nie jest to dobry rejon na pierwszy wyjazd w Alpy i rejon w ogóle nie jest polecany na zimę (zresztą na lato również :) ). Niestabilna pogoda i bardzo drogo. Opinią większości Chamonix we Francji byłoby lepsze.

Pomimo wszystko nastawiliśmy się na Grindelwald, na przełomie styczeń / luty (niestety plan urlopów dla niektórych jest święty i co za tym idzie niezmienny). Cele zostały upatrzone, topo zebrane (mniej więcej :) ). Pogoda nie zapowiadała się super, tzn. co drugi dzień miały być opady śniegu...

Z Białegostoku wyjechaliśmy 30.01.2014r. ok. godz. 19:00. Przed samym wyjazdem kupiłem jeszcze łańcuchy na koła. Chyba lepiej je mieć... W samochodzie oprócz mnie jechały jeszcze dwie osoby (Jarek Junior Zdanowicz i Krzysiek Łowczyk). Pogoda była fatalna, ok. -12 stopni C, duży wiatr i śnieżyca. Na drodze (aż do okolic Poznania) istne zadymy i nawiane zaspy. W Warszawie na trasie Toruńskiej robimy przerwę w McDonaldzie. Sprawdzam prognozę pogody dla Grindelwaldu i Chamonix. Nic się nie zmieniło - w dalszym ciągu zapowiadane są opady śniegu. Zastanawiamy się czy przypadkiem nie olać tych całych Alp i nie wybrać się po prostu w Tatry. Ostatecznie z powodu braku tatrzańskiego topo i igieł do trawy (w Alpach chyba niepotrzebne, więc nie braliśmy) nie zmieniamy planów. Jedziemy przez Poznań (autostrada A1, koszt 73zł do granicy niemieckiej), Nürnberg, Basel, Interlaken do Grindelwaldu. Koszt winiety szwajcarskiej (rocznej) to trochę poniżej 40 Euro. W Niemczech i Szwajcarii prawie wiosna (temperatura nawet +7 stopni C i zero śniegu). Sytuacja pogodowa zmienia się dopiero ok. 20km przed Grindelwaldem. Widać już góry. Pojawia się śnieg. Ok. godziny 14:00 (31.01.2014r.) docieramy na miejsce. Śniegu jest dużo ale jest ciepło (ok. 0 stopni C).

W Grindelwaldzie parkujemy samochód w centrum (parking płatny ok. 6 CHF za dwie godziny) i idziemy do informacji turystycznej (wielki budynek, w centrum miasta, obecnie w rozbudowie). Dostajemy mapki okolicy i informacje odnośnie pogody. Wiemy, że dnia następnego po południu ma padać śnieg. Aby uzyskać informacje odnośnie warunków wspinaczkowych musimy udać się do sąsiedniego sklepu turystycznego. W rzeczonym sklepie obsługa nie ma pojęcia odnośnie warunków jakie panują w pobliskich ścianach. Nic to. Trzeba poszukać miejsca do spania. Mamy namiot, więc szukamy pola namiotowego (boimy się tych niesławnych, niebotycznie wysokich szwajcarskich cen m.in. za noclegi w hotelach i schroniskach). Odwiedzamy trzy pola namiotowe w różnych miejscach Grindelwaldu. Nigdzie nie dostajemy zgody na rozbicie namiotu. Decydujemy się na nocleg, w sąsiadującym ze stacją kolejową w miejscowości Grindelwald Grund, hotelu górskim (Mountain Hostel: www.mountainhostel.ch/en/ mountain-hostel-grindelwald).


67_p_140508121540
Drogowskaz do Mountain Hostel w Grindelwald Grund. Fot. Łukasz Lewczuk.


67_p_140508094116
Mountain Hostel w Grindelwald Grund. W tle północna ściana Eigeru. Fot. Łukasz Lewczuk.
 

Ostatecznie cena noclegu nie wychodzi bardzo drogo (jak na Szwajcarię). Za noc w pokoju sześcioosobowym (na trzy przespane tam noce, w pokoju zawsze byliśmy sami) ze śniadaniem (szwedzki stół, w jadalni z widokiem na północną ścianę Eigeru!) płacimy po 33 Euro (przeliczniki Euro/CHF w Szwajcarii często nie są uczciwe). Plan na następne cztery dni mamy następujący: grań Mittellegi. Wieczorem pakujemy jedzenie na cztery dni. Zabieramy śpiwory i karimaty. Oczywiście także cały szpej wspinaczkowy (liny: 2x60m, friendy, haki, kości). Po drodze na grani są dwa schrony (Ostegg Hut i Mittellegi Hut). Tam planujemy spać. Rano jemy śniadanie i idziemy na stację kolejki (Grindelwald Grund - dwa kroki od schroniska :) ). Samochód zostawiamy na sąsiednim, płatnym parkingu (ok. 6 Euro za dzień).
 

67_p_140508095925
Przygotowanie do wyjścia w góry. Parking przy stacji kolejki Grindelwald Grund. Fot. Krzysztof Łowczyk.
 

Na stacji dowiadujemy się, że z powodu silnego wiatru (Föhn - mountain wind. Wiatr często wiejący w okolicznych dolinach i górach) kolejka dojeżdża tylko do stacji Alpiglen. Planowaliśmy jechać dalej, do Kleine Scheidegg ale trudno bierzemy co jest. Ostatecznie to dobrze się złożyło bo droga, którą chcemy zrobić zaczyna się maksymalnie z lewej strony Eigeru (podejście do Ostegg Hut), natomiast Kleine Scheidegg znajduje się po prawej stronie! Będziemy mieli bliżej :) Na dworcu jest wesoło i kolorowo: masa narciarzy i orkiestra grająca skoczne kawałki!
 

67_p_140508100300
W oczekiwaniu na kolejkę na stacji Grindelwald Grund. Fot. Łukasz Lewczuk.
 

W oczekiwaniu na pociąg oglądamy naszą drogę, do której będziemy mieli jeszcze spory kawałek podejścia ze stacji w Alpiglen.
 

67_p_140508100840
W oczekiwaniu na kolejkę na stacji Grindelwald Grund. Lustracja góry. Fot. Łukasz Lewczuk
 

Kolejki jeżdżą bardzo często więc nie czekamy długo. Pociąg jest pełny narciarzy, którzy jednak wysiadają na pierwszej stacji (Brandegg). Dalej jedziemy już tylko my i kilku saneczkarzy (z Alpiglen w dół do Grindelwaldu wiedzie popularna trasa saneczkarska o nazwie Eiger Run).

Wysiadamy w Alpiglen. Pogoda bez zmian - bez opadów i wciąż ciepło. Idziemy do pobliskiego hoteliku (Alpiglen Berghaus:www.alpiglen.ch/index.php?userlang=en) żeby zasięgnąć języka odnośnie dalszej drogi (perspektywa z góry jest zupełnie inna niż z dołu). Miła pani w hoteliku pokazuje nam gdzie dokładnie znajduje się Ostegg Hut (o cholera jak to daleko!) i mówi również, że warunki są tragiczne. Zimą nikt nie chodzi na grań Mittellegi. Jest zbyt lawiniasto! Mimo to nie zmieniamy planu. Wiemy już, że zimą Ostegg Hut jest zamknięty ale Mittellegi Hut już nie, można tam spać (winter room).

Mała dygresja: właściwa grań Mittellegi - ostra jak brzytwa, zaczyna się właśnie od schroniska Mittellegi Hut, a najlepszy dostęp do niego jest z drugiej, południowej strony Eigeru. Większość wejść na Eiger granią Mittellegi ma miejsce od strony południowej. Należy pojechać z Grindelwaldu do stacji kolejki Eismeer Station (jazda przez wnętrze góry) i stamtąd trawersować lodowiec, wchodząc na grań. Koszt kolejki Grindelwald - Eismeer: 71 CHF.

Pani ze schroniska, patrząc na nas z politowaniem obiecuje zostawić na noc otwarte drzwi, na wypadek gdybyśmy wrócili późno w nocy... Zawsze dobrze jest mieć jakiś back up.

Z miejsca, w którym jesteśmy doskonale widać całą północną ścianę oraz drogę pierwszych zdobywców - Heckmair Route. Widok robi naprawdę duże wrażenie i napawa grozą (1800 metrów praktycznie pionowej ściany)!
 

67_p_140508101213
Podejście do Mittellegi Hut ze stacji Eismeer. Fot. http://www.summitpost.org/mittellegi-ridge/155774

67_p_140508102638
Droga normalna na północnej ścianie Eigeru. Zaznaczone również okna Eigerwand Station. Fot. Krzysztof Łowczyk.
 

Ruszamy w kierunku Ostegg Hut. Śniegu jest co najmniej po kolana. Przydałyby się skitury lub rakiety. Ale co z nimi robić na grani. Tylko by przeszkadzały. Trzeba torować. Jest nas trzech. Zmieniamy się na prowadzeniu. Jest naprawdę ciepło. Idę w samej bieliźnie (góra). Spodnie softshellowe są zdecydowanie za ciepłe. Trawersujemy w lewo. Co pewien czas musimy pokonać odcinki skalne - małe progi. Widać na nich niesławną, dachówkowato ułożoną skałę. Generalnie nie ma dobrych stopni. Mimo to początkowo idziemy bez raków. Trochę to nas spowalnia ale w większości miejsc nie jest stromo. Idziemy i idziemy...


67_p_140508103511
Orientacyjny przebieg naszego podejścia. Odległości są naprawdę duże. Fot. Łukasz Lewczuk.

67_p_140508103730
Pola śnieżne i skalne odcinki na podejściu do Ostegg Hut. Fot. Łukasz Lewczuk.

67_p_140508104002
Stałe liny poręczowe na drodze podejściowej do Ostegg Hut. Fot. Łukasz Lewczuk.

67_p_140508104152
Miejscami bywało trochę bardziej stromo. Fot. Łukasz Lewczuk.

67_p_140508104408
Niby tak blisko ale jeszcze bardzo daleko. Po południu pogoda się psuje. Fot. Łukasz Lewczuk.

67_p_140508104603
Ściany są naprawdę duże.Fot. Łukasz Lewczuk.
 

Ostatecznie po około ośmiu godzinach marszu i wspinania trzeba było zacząć szukać noclegu. Dzisiaj nie ma już żadnej szansy na dojście do schroniska. Po drodze mijaliśmy kilka fajnych nyż ale to było już dawno temu i powrót tam nie miałby żadnego sensu. Musieliśmy znaleźć coś w pobliżu. Zaczęło się ściemniać i dosyć mocno sypać śniegiem.


67_p_140508104839
Szukanie noclegu. Fot. Łukasz Lewczuk.

67_p_140508105038
Ta nyża okazała się trudno dostępna i zbyt płytka. Fot. Łukasz Lewczuk.
 

W pobliżu miejsca, w którym się znajdowaliśmy nie udało nam się znaleźć nic dobrego na noc, a przy takim opadzie śniegu jaki się rozpoczął, do rana bylibyśmy całkowicie zasypani. Zaczęliśmy schodzić prostopadle do grani, w kierunku pobliskiego lasu. Ostatecznie wygrzebiemy jakąś jamę pod dużym drzewem. Nie dochodzimy jednak do lasu. Znajdujemy super nyżę, w której wygodnie się zmieścimy i będziemy jednocześnie całkowicie osłonięci od śniegu. Trzeba tylko trochę ją odkopać. Zabieram się za robotę. Po około pół godziny odśnieżania sypialnia jest gotowa. Koledzy w między czasie topią śnieg i przygotowują herbatę. Gotujemy, pijemy, jemy i idziemy spać. Noc była spokojna, chociaż trochę zawiało nam śniegu do jamy i dwa razy zbudziły nas odgłosy schodzących w oddali lawin. Rano stwierdzamy, że po nocy przybyło ponad metr śniegu i dalej sypie. Na stokach jest niebezpiecznie. Nowy śnieg jest kompletnie niezwiązany z podłożem. Po śniadaniu podejmujemy decyzję o zejściu. W tych warunkach dalsza wędrówka w górę nie miałaby żadnego sensu. Byłaby również bardzo niebezpieczna. W związku z faktem dużego zagrożenia lawinowego postanawiamy zejść prosto w dół do granicy lasu i dalej, przez las w stronę Grindelwaldu. Nie wiemy tylko czy bezpośrednie zejście w dół będzie możliwe. Z dołu widzieliśmy duże uskoki skalne, których pokonanie nie byłoby możliwe. Będziemy więc schodzić trawersując w stronę Alpiglen, do momentu znalezienia bezpiecznej drogi w dół. Powrót śladami z dnia wczorajszego nie wchodzi w grę. Po prostu już ich nie ma, a poza tym wymagałoby to przejścia przez kilka sporych pól śnieżnych, z dużym prawdopodobieństwem wywołania lawiny.


67_p_140508105406
Przygotowywanie miejsca do snu. Fot. Krzysztof Łowczyk.

67_p_140508105630
Śniadanie pod Eigerem. Fot. Jarek Zdanowicz.

67_p_140508105831
W nocy trochę dosypało śniegu. Fot. Łukasz Lewczuk.

67_p_140508110005
Do lasu nie jest daleko. Tam będzie trochę mniej lawiniasto. Fot. Łukasz Lewczuk.

67_p_140508110149
Pogoda naprawdę się zepsuła.Fot. Łukasz Lewczuk.
 

Po w miarę szybkim dojściu do lasu jeszcze szybciej dociera do nas, że czeka nas ciężki dzień. Śniegu jest tak dużo, że przemieszczanie się to wyjątkowo parszywa robota. Schodząc w dół zapadamy się po pas lub jeszcze głębiej. Najgorzej jak się trafi na dziurę w całkowicie zasypanej koronie drzewa lub krzaka - wtedy to można się całkowicie pogrążyć :) . Próba wydostania się z takiej pułapki wygląda jak szamotanie człowieka, który wpadł do bagna. Każdy ruch powoduje głębsze zapadanie się, bez możliwości złapania się czegokolwiek. Jeszcze gorzej jest kiedy zapadam się głęboko w śniegu i próbując wydostać się zaczynam zsuwać się głową w dół zbocza, a doskonale pomaga mi w tym ciężki plecak. Kilka razy po takich akcjach mamroczę przekleństwa i rzucam ze złości kije w śnieg. Zupełnie nic nie pomagają. Zastanawiam się też czy by czegoś nie wyrzucić z plecaka. Jest taki ciężki. Może by tak linę?
Schodzimy w dół, lekko trawersując, do momentu aż napotykamy duży uskok skalny będący co najmniej kilkunastometrową pionową ścianą wąwozu z mnóstwem kamieni i skał na dnie, pod którymi najpewniej płynie strumień - przeszkoda nie do przeskoczenia. Z dołu to wcale tak nie wyglądało. Zejść się nie da. Można by zjechać w dół ale wtedy to już droga tylko w jedną stronę - podejść nie damy rady, a poruszanie się dnem wąwozu byłoby bardzo trudne i niebezpieczne. Zresztą wąwozami mogą z góry schodzić lawiny? Spróbujemy więc wrócić do góry i trawersować dalej w stronę Alpiglen, w poszukiwaniu lepszego zejścia.


67_p_140508112727
"Pływanie" w lesie. Fot. Łukasz Lewczuk.

67_p_140508112827
Zejście przez las. Fot. Łukasz Lewczuk.

67_p_140508112927
Grindelwald we mgle. Fot. Łukasz Lewczuk.
 

Podchodzimy. Zajmuje nam to dosyć dużo czasu i zużywa mnóstwo energii. Gdzieś w między czasie natrafiamy na letni szlak (znaki na drzewach) ale próba podążania nim szybko się kończy. Gubimy znaki. Znowu (męcząc się przy tym okrutnie) wychodzimy do granicy lasu i poruszamy się równolegle do niego. Po pewnym czasie ponownie schodzimy w dół, gdy już wydaje się, że zejście będzie łagodne i doprowadzi nas do miasteczka. Nic bardziej mylnego. Sytuacja się powtarza: w lesie dochodzimy do kolejnego wąwozu z wysokimi, pionowymi ścianami. Znowu w górę... Znowu w dół... Kilka razy... Zupełnie nic nie widać. Śnieżne pagórki zlewają się w jedną całość z zasnutym mgłą lub chmurami niebem... Czasami naprawdę już nie widać czy droga wiedzie w górę czy w dół. Czasami mgła się rozwiewa i naszym oczom ukazują się okoliczne, olbrzymie, północne ściany grani Eigeru. Ale to tylko na chwilę... Gdzieś nad nami słychać trzask obrywającej się lawiny. Trawersujemy właśnie pole śnieżne. Prawie biegniemy (jeżeli można biec w śniegu po pas...). Na szczęście nic się nie dzieje. Przechodzimy dalej. Schodziliśmy w dół już kilka razy. Trawersowaliśmy też sporo. Pokonaliśmy kilka wzniesień. W tej mgle i chmurach zupełnie nie mamy już orientacji. A może zaszliśmy za daleko? Minęliśmy Alpiglen i idziemy w stronę Kleine Scheideg?
Po "zapoznaniu się" z kilkoma wąwozami mamy już naprawdę dość. Jesteśmy totalnie zmęczeni. Czasami podejścia były tak strome, że niemożliwością było podejście w górę. Torujący zsuwał się w dół i trzeba było szukać nowej drogi gdzieś z boku. Mam przemoczone buty i spodnie. Jest już późne popołudnie. Nie ma sensu iść dalej w stronę Alpiglen (lub Kleine Scheidegg). Postanawiamy, że schodzimy w dół i nieważne co napotkamy, nie cofamy się już do góry. Trzeba iść w dół. Zejście jest trudne (śnieg i krzewy) ale po mniej więcej pół godziny dochodzimy do jakiejś drogi.  Jest ona równoległa do masywu Eigeru, a za nią w dół jest dalej las. Na drodze śniegu jest prawie po pas. Nikt na pewno nie korzysta z niej o tej porze roku. W lewo (w stronę Alpiglen) droga wiedzie pod górę, w prawo w dół. To wreszcie mamy jakieś światełko w tunelu! Robimy krótką przerwę na herbatę z termosów i żele energetyczne (super się spisywały żele z Decathlonu - natychmiastowy przypływ energii po spożyciu :) ) i ruszamy w prawo - w dół. Za nic na świecie nie chcieliśmy już iść w górę... Idzie się naprawdę ciężko. Najgorzej ma prowadzący, więc co chwila się zmieniamy.


67_p_140508113216
Podejście w górę lasu. Fot. Łukasz Lewczuk.
 

Po kolejnej półgodzinie dochodzimy do rozwidlenia. W prawo droga idzie pod górę, w lewo na tym samym poziomie i widać, że zakręca. Jest też trochę węższa i taka jakaś mniej wyraźna. Mówię do chłopaków: Poczekajcie. Pójdę sprawdzę co jest za zakrętem! Robię to niechętnie gdyż jestem tak zmęczony, że na myśl o przejściu nawet małego kawałka nadaremnie, robi mi się słabo. Ale idę. Za zakrętem okazuje się, że droga się urywa. Dosłownie! Strome urwiska są z każdej strony. Cholera, przecież z dołu to tak nie wyglądało! W tym miejscu nie powinno już być żadnych urwisk! (nawet teraz gdy piszę te słowa i oglądam zdjęcia, nie widzę takich trudności i odległości. Wszystko wydaje się dużo bliższe i łatwiejsze). Wracam do chłopaków i razem idziemy w prawo, pod górę. Masakra. Już nikt nie ma siły i ochoty na dalszą drogę, a zwłaszcza po to żeby się przekonać, że to kolejna ślepa uliczka. Jest już praktycznie ciemno. Kolejny nocleg wydaje się być nieuchronnym. Broniłem się przed ta myślą od pewnego czasu. Chciałem uniknąć kolejnego noclegu, gdyż będąc całkowicie przemoczonym (buty i spodnie, kurtka chyba trochę też, rękawiczki na pewno. No cóż ubranie mi się nie sprawdziło...) byłby on dla mnie niezbyt przyjemny, żeby nie powiedzieć - straszny. Motywuję kolegów: idziemy! Niestety droga cały czas prowadzi pod górę i.... niedługo się kończy. Znowu urwiska. Co za koszmar. Co to za droga, która w każdą stronę wiedzie w górę? 

Nie ma wyjścia. Wracamy. Przez chwilę idzie się łatwiej bo po swoich śladach. Niestety szybko się kończą i znowu trzeba torować. Najgorsze jest to, że zupełnie nie wiemy gdzie jesteśmy. Nie widać żadnych świateł z miasteczka. Sypie śnieg. Ile go jeszcze może padać? Idziemy. Przed nami nagle pojawia się światełko. Jedno bardzo wyraźne białe światło. Niestety jest bardzo daleko przed nami i sporo w górze. Nie mamy żadnej szansy tam dojść! Na szczęście po pokonaniu kilku zakrętów dochodzimy do miejsca, w którym droga zaczyna się obniżać dosyć ostro w dół. Wije się serpentynami i cały czas obniża. To już naprawdę coś! Po dobrej godzinie marszu (a może więcej?), dochodzimy do dziwnej metalowej budy, zamkniętej na cztery spusty. Robimy tu dłuższą przerwę. Jest około godziny 20:00. Pijemy herbatę i jemy liofy. Nagle pośród drzew pojawia się światło i zaczyna się przybliżać. Hurra! Jesteśmy urrratowani! Okazuje się, że to ratrak przygotowujący stok na kolejny dzień. Musimy jeszcze trochę przejść po naszej zasypanej drodze i niebawem stajemy na czymś w co po prostu nie możemy uwierzyć: jest to szeroka, mocno ubita przez ratrak nartostrada! No to jesteśmy w domu. Może nawet będzie dzisiaj piwo :) . Idziemy w dół jak na skrzydłach. Szybko i nie męcząc się. Zmęczenie chyba zostało w tym śniegu na zboczach Eigeru - dalej już z nami nie szło! Po pewnym czasie dochodzimy do stacji kolejki: Brandegg. Znaczy się, że byliśmy dosyć niedaleko Alpiglen. Zrobiliśmy naprawdę spory kawałek drogi! Schodzimy dalej do Grindelwaldu.

Ok. 22:30 jesteśmy z powrotem w hotelu górskim. Niech już on nawet kosztuje i 100 euro! Mam to gdzieś. Potrzebuję suchego miejsca. Niestety recepcja była czynna do 20:00. Cholera, nie wiadomo czy dzisiaj będzie fajna noc... Czyżby nocleg wypadnie nam w namiocie rozbitym na parkingu przy samochodzie? Na szczęście przy wejściu jest informacja z numerem telefonu. Właściciel przyjeżdża po dwudziestu minutach!

W schronisku spędzamy dwie noce. Następny dzień po powrocie spędzamy na zwiedzaniu Grindelwaldu. Pogoda jest piękna (tzn. nie sypie śnieg), chociaż widać, że na graniach okolicznych gór solidnie wieje.


67_p_140508113532
Pyłówki na Schreckhornie. Fot. Łukasz Lewczuk.
 

Z oddalenia oceniamy naszą drogę. Teraz odległości wydają się jeszcze większe, a respekt przed tymi górami i ścianami wręcz ogromny. W czasie naszej "wędrówki" nie napotkaliśmy żadnych trudności technicznych ale odległości, ilość śniegu i zmienne warunki pogodowe mogły sprawić, że moglibyśmy błąkać się po tych lasach jeszcze długo. Teraz przy piwie można porozmawiać o popełnionych błędach i nowo zdobytych doświadczeniach. Po południu pogoda znowu się pogarsza. Dnia następnego, rano pada śnieg. Pakujemy się i uciekamy stąd. Jedziemy do Chamonix. W końcu to już nie jest tak daleko!


67_p_140508113740
Eiger w pełnej krasie. Zaznaczona droga pokonana przez nas pierwszego dnia. Fot. Łukasz Lewczuk.

67_p_140508113903
Eiger i grań Mittellegi widziane z innej perspektywy.Fot. Krzysztof Łowczyk.

67_p_140508114023
Nagłe, popołudniowe załamanie pogody na Eigerze. Z drugiej strony świeci piękne słońce! Fot. Łukasz Lewczuk.

* * *

Grindelwald i Chamonix dzieli odległości około 250km. Mając winietę szwajcarską nie musimy płacić już za autostradę. Drogę pokonujemy szybko. We Francji jedziemy już drogami lokalnymi, od miasta Martigny pokonując przełęcz Col de Montets (Chamonix jest 16 km od granicy szwajcarskiej). Ok. godz. 12:00 jesteśmy na miejscu - po raz pierwszy w słynnym Chamonix! Jest wciąż powyżej zera i nawet pada deszcz. Gór nie widać ni w ząb! Plan mamy jednak taki żeby dzisiaj wjechać kolejką na Plan de l'Aiguille i przenocować w schronisku, które tam się znajduje (zimą jest tam darmowy winter room - łóżka, koce, stoły i ławki). Czego więcej nam potrzeba?

Parkujemy samochód i szukamy biura przewodników górskich: Maison de la Montagne. Niestety trafiamy na przerwę (biuro i większość sklepów ma tzw. przerwę na lunch. Notabene w Grindelwaldzie było tak samo). Wracamy o 14:00 (wcześniej robiąc małe zakupy m.in. dwa tomiki polecanych przewodników: Francoisa Damilano: "Snow, Ice and mixed") i od razu uderzamy na pięterko. W biurze trafiamy na kolejną miłą panią, od której dowiadujemy się, że warunki wspinaczkowe w górach (w zasadzie w całych Alpach) są do niczego (a w ogóle to czego się spodziewaliśmy?). Podczas rozmowy dostajemy informację, że w ogóle jest to dziwna zima, która w październiku i listopadzie zaczęła się od dużych mrozów, natomiast w grudniu i szczególnie w styczniu wystąpiły bardzo obfite opady śniegu. Jutro znowu ma mocno padać śnieg. Dobra pogoda ma być dopiero za dwa dni. W książce wyjść ostatni wpis jest z początku stycznia. Dowiadujemy się również, że ostatnia dzisiaj kolejka na Plan de l'Aiguille odjeżdża za godzinę! Na Aiguille du Midi nie jeździ z powodu złej pogody. Musimy zdążyć. Od pani z biura przewodników dowiadujemy się gdzie nieopodal stacji kolejki znajduje się bezpłatny parking, na którym można zostawić samochód. Nie wiem jak to zrobiliśmy ale w przeciągu godziny wróciliśmy po nasz samochód, znaleźliśmy parking (przy okazji znajdując wjazd do tunelu pod Mont Blanc wiodącego do Courmayeur :) - niewiele brakowało, a byśmy tam wjechali), przebraliśmy się w buty i ciuchy w góry, dopakowaliśmy plecaki, doszliśmy z tym wszystkim do stacji kolejki i kupiliśmy bilety na Plan (16 euro - tzw. return ticket - tam i z powrotem. Ważny jak się nie mylę przez siedem dni. Bilet w jedną stronę kosztuje 15 euro). W wagoniku z nami jedzie jeszcze dwóch narciarzy z Californii, z miejscowości położonej blisko Yosemite Valley. Na górze zupełnie nic nie widać. Nie wiemy gdzie iść. Obsługa kolejki grzecznie wyprasza nas na zewnątrz stacji i... zamyka za nami drzwi na klucz. Super. Szybko jednak się odnajdujemy i idziemy wzdłuż linii kolejki, w dół do schroniska. Śniegu jest dla odmiany... bardzo dużo :) . Przy okazji marszu do schroniska z przykrością stwierdzam, że moje buty są w dalszym ciągu mokre!. Albo nie wyschły po naszej ostatniej akcji (chociaż suszyłem je suszarkami do butów) lub może zdążyły przemoknąć w ciągu 10 minut... Koledzy mają na nogach Scarpy Phantom Guide 6000 i raczej na nie nie narzekają :) . W między czasie chmury podnoszą się i już wiemy dlaczego warto tu było przyjechać! Widoki są oszałamiające.


67_p_140508114505
Idziemy wzdłuż linii kolejki na Aiguille du Midi, w stronę schroniska na Planie. Fot. Łukasz Lewczuk.

67_p_140508114653
Odjeżdżająca w dół kolejka do Chamonix. Fot. Łukasz Lewczuk.

67_p_140508114852
Podnóże Aiguille du Midi. Fot. Łukasz Lewczuk.

67_p_140508115038
Refuge du Plan de l'Aiguille. W dole Chamonix. Fot. Łukasz Lewczuk.

67_p_140508115236
Sypialnia w schronie. Fot. Łukasz Lewczuk.

67_p_140508115435
Jadalnia w schronie. Fot. Łukasz Lewczuk.
 

Wieczorem jesteśmy świadkami przepięknego zachodu słońca. Widok zapierający dech w piersiach!

Wieczór i noc są super. Na zewnątrz pada śnieg i wieje wiatr. W środku sucho i cicho (chyba też ciepło :) ). Znów jemy, pijemy. Studiujemy topo.

Rano jest wszystko jasne. Ilość śniegu jest taka, że bez nart nie ma żadnych szans na podejście pod jakąkolwiek drogę. Poza tym większość dróg w tym rejonie ma duże odcinki śnieżne, które przy dobrym śniegu przebiega się bardzo szybko, natomiast obecnie bardzo szybko można z nich zjechać w lawinie!
Tak więc podejmujemy decyzję o powrocie na dół. Aiguille du Midi i wszystkie inne okoliczne szczyty są za chmurami. Podejście do kolejki pomimo, że krótkie daje nam się trochę we znaki. Często zapadamy się w śniegu powyżej pasa. Chyba daje również o sobie znać zmęczenie.
Zjeżdżamy w dół. Na dole pada deszcz...
 

67_p_140508115720
Zmierzch nad Chamonix. Fot. Łukasz Lewczuk.

67_p_140508115902
Zmierzch nad Chamonix. Fot. Łukasz Lewczuk.

67_p_140508120049
Deszczowa pogoda w Chamonix. Fot. Łukasz Lewczuk.
 

W biurze przewodników pytamy o cele alternatywne na taką pogodę w najbliższej okolicy, np. lodospady. Nieopodal sąsiedniej miejscowości - Argentiere, znajduje się spora ilość lodospadów (La Crémerie - podejście z Argentiere oraz położone wyżej Rive gauche du glacier - należy wjechać kolejką jadącą na Aiguille des Grands Montets do stacji pośredniej - na Montagne de Lognan, stamtąd podejść do pobliskiego schroniska Refuge de Lognan i stamtąd zjechać lub zejść do podnóża lodospadów. Schronisko jest prywatne i jak w większości schronisk górskich (alpejskich) należy wcześniej rezerwować miejsca). Przez cały rok ma obsługę.

Nocujemy w Argentiere, w fajnym pensjonaciku blisko stacji kolejki (wychodzi ok. 23 euro za noc za pokój czteroosobowy z łazienką, www.lesrandonneurs.fr ). Plan jest tym razem taki, że dnia następnego wjeżdżamy kolejką na Montagne de Longan, idziemy do schroniska, tam zostawiamy rzeczy, schodzimy (lub zjeżdżamy) do podnóża lodów, wspinamy się ile się da i wracamy na noc do schroniska. Następny dzień jest piękny - świeci słońce. Na górze panuje kilkustopniowy mróz.

Niestety w schronisku nie ma miejsc (ale nawet gdyby były to cena za noc nie jest na naszą kieszeń - 75 euro za noc ze śniadaniem i obiadem! O cenie dowiedzieliśmy się dopiero na górze. Jakoś nie przyszło nam do głowy sprawdzić tego w Chamonix). Bojąc się, że nie zdążymy na ostatnią kolejkę w dół do Argentiere (jest ok. godz. 12, ostatnia kolejka zjeżdża ok. 16) i mając wizję kolejnego pływania w śniegu schodząc w dół i później podchodząc, rezygnujemy z próby zdobywania lodospadów. Szczerze mówiąc to chyba było to błędem. Trzeba było spróbować! Mówi się trudno. Chłopaki postanawiają kontynuować wycieczkę krajoznawczą :) Jadą do Chamonix i kolejką na Aiguille du Midi. Mnie roznosi energia, muszę się poruszać! Wypożyczam narty i ok. czterech godzin jeżdżę na okolicznych stokach. (a niby miał to być wyjazd wspinaczkowy? ). Po jakimś czasie pogoda znowu się psuje. Niebo się zachmurza, wyżej pada śnieg. Cóż za odmiana :) . Zjeżdżam na nartach do samego Argentiere i w oczekiwaniu na chłopaków wypijam pyszne cappuccino.

Około godziny 19 wyruszamy w drogę powrotną do Polski. W domu jesteśmy około godziny 15 dnia następnego.

Podsumowując, mogę napisać, że nasz wyjazd, zupełnie niedoświadczonych alpejsko osób, okazał się kompletnym wspinaczkowym fiaskiem. Pomimo to uważam, że zdobyliśmy bardzo dużo nowych doświadczeń i poznaliśmy kilka fajnych miejscówek i patentów, które mam nadzieję wykorzystamy przy okazji następnych wyjazdów.
 

67_p_140508120451
Refuge de Lognan. Podejście nartostradą do schroniska. Fot. Łukasz Lewczuk.

67_p_140508120635
W górę na stok! Fot. Łukasz Lewczuk.

67_p_140508120820
Tabliczka na szczycie Aiguille du Midi. Fot. Krzysztof Łowczyk.

67_p_140508121008
Budowle na szczycie Aiguille du Midi. W dole Chamonix. Fot. Krzysztof Łowczyk.

67_p_140508121217
Kolejka z Aiguille du Midi na dół. Po południu pogoda tradycyjnie się psuje. Fot. Krzysztof Łowczyk.